[color=red]>>Poniższy tekst nie dotyczy grupy Sailor, która jest tutaj prezentowana dźwiękowo i wizualnie.<<[/color]
Początki „Sailora” były trudne (jak to początki) i ... dość dziwne, bo wszystko zaczęło się w Bucharzewie, almaturowskiej bazie jeździeckiej, zamiast, jak pan Bóg przykazał, na jakiejś zapadłej przystani. Tam właśnie Lechu (wtedy jeszcze zwany Lechem) spotkał kilku ludzi, z którymi fajnie, nocną porą i przy browarkach, śpiewało się szanty. Cotygodniowe wyjazdy zaowocowały coraz głośniejszymi śpiewami, aż razu pewnego do bazy ktoś przywiózł wiadomość, że w Poznaniu jest knajpa o dźwięcznej nazwie „Fokstrot”, gdzie można pośpiewać, że tak powiem, publicznie (i pewnie dlatego dzisiaj nie uświadczysz już „Fokstrota” na Mostowej...).
Dwa razy nie powtarzaj - tam właśnie zdobywaliśmy pierwsze (i dla niektórych z nas ostatnie) szlify estradowe. Do dwóch mikrofonów i ledwie podłączonej gitary ryczeliśmy - Janek - wokalista i czołowy showman (szkoda, że Państwo nie mogli tego zobaczyć!), Lechu, Ogór, Cegieł, Olszak i ja, na zmianę z całkiem niezłymi bluesmanami. Kto wie, jak dalej potoczyłaby się nasza historia, gdyby nie fakt, że zebraliśmy więcej braw niż bluesmani (do czego łapska dołożyła nasza klaka!) i pewnie dlatego zauważył nas Darek Pawłowski - dziennikarz Radia Obywatelskiego o cieplutkim głosie. I tym swoim głosem, próbując przekrzyczeć bluesmanów, zaprosił nas (sic!) do radia, na co zgodziliśmy się od razu, radośnie waląc redaktora w plecy. Lechu zapytał tylko Darka, czy przypadkiem nie trzeba będzie się modlić przed audycją, na co ten, dziwnie patrząc, odpowiedział, że oczywiście nie. A później okazało się, że wprawdzie pomyliliśmy Radio Obywatelskie z Radiem Maryja, ale nie do końca, bo i tak musieliśmy wywalić niewinne słowo „tryper” z naszego utworu p.t. „Tawerna”, poinformowani przez Darka P., że jego słuchaczkami są głównie słuchaczki Radia Maryja właśnie. Auuu!
Za to następnego ranka nikt z nas nie czuł się już takim świetnym kolesiem, profesjonalistą w każdym calu, bez problemu udzielającym wywiadu massmediom. Po wytrzeźwieniu dotarła do nas bolesna prawda - potrzebujemy pomocy ! I wtedy właśnie Jasiu przypomniał sobie, że zna tirowca, który nieźle śpiewa szanty i chyba gra na jakimś instrumencie... Wtedy właśnie pojawił się Piotr (skądinąd zwany Moczu). Na próbie zaprezentował swoją „stronę muzyczną” i zagrał na: gitarze, mandolinie, harmonijce ustnej i flażolecie... a kiedy nasze szczęki znalazły się już na podłodze - wyciągnął swój śpiewnik szantowy, gruby jak blok z suporeksu. No i wystąpiliśmy w radiu pod nazwą „Stara szekla Czesława” (żywot tej nazwy był krótki, bo nikt nie był w stanie wymówić jej po choćby dwóch browarach). Z perspektywy czasu patrząc - ta audycja to był straszny wiór, ale co tam! Veni, vidi ...i tyle...
Był rok 1995. Po jakimś czasie z dużej grupy średnio zdolnych zapaleńców ostali się Lechu, Janek i Moczu, którzy postanowili dopuścić świeżą krew. Casting zakończył się owocnie - skład zespołu, nadal bez nazwy, zasilili „Jarociniacy” - Andrzej Jankowski („człowiekorgan”) ze swoim akordeonem i z kuzynem Grzegorzem, zaklinaczem węży, wyposażonym w setki flażoletów - dla nieobeznanych: to takie małe fujarki (sorry - piszczałki) (sorry - fleciki), i to wcale nie z wierzbiny... Wtedy też w zespole pojawił się Jurek (zwany Jurem) - znajomy Piotra, prowadzący w Poznaniu sklep (a jakże!) z artykułami żeglarskimi. Wejście miał niezłe - na próbę przyniósł zdezolowaną koncertinę, którą kupił od Rogackiego, a wyglądał i zachowywał się jak prawdziwy wilk morski - brodacz, brzuchacz i szalenie sympatyczny gawędziarz. Klimaciarz! A że do tego udostępnił nam na próby pomieszczenie na tyłach sklepu - musiał zostać członkiem zespołu! Później wystąpił raz na koncercie zamiast Andrzeja i –został już z nami na stałe. Aha - wreszcie trzeba było nazwać się jakoś po ludzku, w pocie czoła wymyśliłam więc „Sailortown” i pod takim szyldem zespół występował jakiś czas. Ale o tym za chwilę... W takim składzie pokazaliśmy się publicznie w sumie trzy razy - dwa koncerty w NURCIE i jeden na poznańskich „Juwenaliach”, ale spuśćmy na to zasłonę litościwego milczenia... Jak wówczas było widać (i słychać!), muzycy zgrali się raczej średnio, pojawiły się na dodatek tarcia personalne i, czego można było się spodziewać, „Jarociniacy” wrócili tam, skąd przyszli. Za to bawiliśmy się świetnie - do dziś wspominamy imprezę z „Piorunersami” po wspólnym koncercie, na zapleczu Jurkowego sklepu, kiedy po pięciu czy sześciu błyskawicznych kolejkach, wypitych w rytm pięknej czeskiej pieśni „gul gul gul gul ...gloria!”, ryczanej na dziesięć gardeł, jedyny trzeźwy członek zaprzyjaźnionego już wówczas zespołu wiózł mnie swoim samochodem, a ja byłam przekonana, że jadę taksówką i uparcie chciałam mu zapłacić, natomiast Lechu holowany był do domu za chachoł przez moją siostrę, z towarzyszeniem mamrotanych przez nią przez zęby słów: „artyści, k...., artyści...” Tak więc trzon „Sailortown”, stanowili: Lechu (później zwany Chiefem) - gitara i wokal, Marcin (zwany Jasiem) - wokal, show i darcie koszulki, Jurek - koncertina, Moczu - mandolina, gitara, wokal, czasem flażolet i harmonijka ustna, no i ja - Iza (jak mnie zwali, tak zwali...) - przeszkadzajki, teksy utworów i, w zasadzie nigdy, wokal (za wyjątkiem „Szanty dziewicy” nocną porą).
Oficjalnie „Sailor”, bo tak już wtedy nazywała się kapela (kiedy okazało się na Mazurach, że wymyśloną przeze mnie super nazwę dla zespołu wymyślił wcześniej ktoś inny...dla innego zespołu), zadebiutował w kwietniu 1996 roku, na festiwalu „Złota Szekla” w Koninie, gdzie w konkursie debiutów zajął, z wielką pomocą Krzycha (Kozła) Koźleckiego, II miejsce. Jeszcze raz dzięki, Panie Krzychu, za basy i za dowcipy! Potem był festiwal „Szkuta” w Warszawie, gdzie na zaproszenie organizatorów wzięliśmy udział w konkursie debiutów, w którym, oprócz znajomych kumpli od kielicha z zespołu „Wodny patrol” i nas samych - jako kapele składające się z przyszłych żeglarzy i wilków morskich startowały grupy trzynastoletnich dziewczynek, takie na przykład „Laski bosmana”, pod nadzorem swoich nauczycieli muzyki. O matko! Na „Szkucie” dowiedzieliśmy się, że jesteśmy „nierozwojowi” (średnia wieku „Sailora” to było jakieś 30 lat!) i lepiej dajmy sobie spokój z szantami... Jednak nic z tego! Przez jakiś czas występowaliśmy na lokalnych imprezach żeglarskich, wykonując tam szantę klasyczną lub, repertuarowo nieco lżejszą, pieśń kubryku. Było fajnie, pławiliśmy się w pochwałach, no a potem, jak to zwykle bywa, ktoś (to znaczy Moczu) strasznie się wkurzył, że jednak odstawiamy chałę, robotę do dupy, nie rozwijamy się, gramy chałtury, na koncerty chłopaki wożą swoje żony i takie tam... Wziął swoje zabawki, jeden czadowy kawałek i kilka raczej średnich i - poszedł w długą.
Później w długą poszłam ja. To znaczy nie tak do końca - po prostu przestałam wygłupiać się na scenie, poprzestając na tym, co wychodziło i do dziś wychodzi mi chyba najlepiej, to jest na pisaniu tekstów. Nie na długo jednak zapanował smutek wśród fanów - „Sailor” powstał po raz kolejny, jeszcze piękniejszy o Agniechę (zwaną Mariolą, co widać, słychać i czuć) i jej skrzypki oraz Darka i jego wokal. Dalej graliśmy w różnych, często syfiastych, miejscach. Bawiliśmy wtedy najczęściej klientów poznańskich Krain Latających Kufli - knajpy na Dębcu i na Dolnej Wildzie - kto je odwiedził i stamtąd wrócił, ten wie, jak tam jest. Na końcu dobił Bartek (Młody) i banjo. No i wreszcie zaczęło się dziać!
W 1999 roku „Sailor” pojawił się na festiwalu „Kubryk” w Łodzi, gdzie zdobył I miejsce w konkursie debiutów i został nominowany do wzięcia udziału w krakowskim „Shanties 2000”, po uprzednim przejściu „szkoły” na warsztatach szantowych.
Ale zaraz, zaraz - wtedy jeszcze grupa nie brzmiała tak, jak dzisiaj i jak na swojej pierwszej płycie, zatytułowanej (a jakże!) - „Z morza, portu i tawerny”. A było tak: Aga musiała nauczyć się dawać czadu na skrzypcach, bo chociaż skończyła szkoły muzyczne - ni cholery nie umiała na skrzypkach zasuwać „szantowo”. Tak przynajmniej twierdziła reszta kapeli, za nic mając Agusine wykształcenie muzyczne. No i dziewczyna się zacięła - korepetycji udzielała jej, do wczesnych godzin porannych, Iza - skrzypaczka zespołu „4 Refy” (sic!), na „Kubryku” właśnie. Potem Agnieszka ćwiczyła, ćwiczyła, ćwiczyła i - udało się. A teraz - Mariola (Baba ze stali?) rżnie na skrzypeczkach, że ino, ino! Za to Darek nie grał na żadnym instrumencie. Macie pojęcie? Trochę brzdąkał na gitarze, a poza tym - nic. Echo. I zmusili go - najpierw zrobił bęben, później zrobił „kości” (zapytajcie Siurawy, jeśli nie wiecie, co to za instrument) i tak długo nimi klekotał, aż wyrobił sobie „ten ruch” nadgarstka. Przynajmniej twierdzi, że to od ćwiczeń kośćmi... Była więc sekcja rytmiczna, gitara, koncertina, skrzypce, trochę harmonijki ustnej (to Jurek)...ale nadal jakby brakowało jakiegoś brzmienia... I wtedy pojawił się Bartek, ze swoimi baczkami a’la Słowacki, i z długimi, sprawnymi palcami (przyjrzyjcie się, co facet robi z gryfem, wtedy będziecie wiedzieli, co mam na myśli!). Bartek właściwie nie grał na banjo tylko na gitarze klasycznej (coś jak Paco de Lucia), ale co to dla Młodego - przekwalifikować się na inny instrument, inny gryf, inny „strój”... „Bluegrassowe banjo gra - „Sailor” szczęście ma!”, jak radośnie mówią słowa piosenki.
Jeszcze tylko kilka suchych faktów, żeby nie było, ze tylko się nabijam: w sierpniu 1999 roku „Sailor” zajął III miejsce na festiwalu „Słok” w Bełchatowie, w sierpniu 2000 roku - I miejsce na polskoniemieckim Festiwalu Piosenki Żeglarskiej „KEJA” w miejscowości Długie, nad jeziorem Lipie, a także zdobył nagrodę na festiwalu „Słona Woda” w Mrzeżynie. Najwyżej jednak cenionym przez członków grupy trofeum jest nagroda imienia Stana Hugill’a - Ostatniego Wielkiego Szantymena, zdobyta na „Shanties 2000” w Krakowie. W roku 2001 „Sailor” wystąpi na krakowskich „Shanties 2001” w koncercie Siurawy, obok Poręby, Starych dzwonów czy 4 Refów.
I to by było na tyle...

(c.d.n.)

User-contributed text is available under the Creative Commons By-SA License and may also be available under the GNU FDL.
rozwiń opis

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.

Zgłoś obraźliwą treść

Uzasadnij swoje zgłoszenie.

wpisz wiadomość


lub tradycyjnie
login lub email
hasło